sobota, 16 września 2017

Część I

Carewicz Travis Harvelle, łowca, odetchnął głęboko przeczesując - już zbyt długie jego zdaniem - srebrne włosy. Dziś je obetnie - zdecydował. Nalał sobie szklankę wody w kuchni pełnej zimnego metalu o odcieniu nie wiele różniącym się od jego kudłów i oparł się o blat. Białe kafelki odbijały światło lamp żarowych. W ogóle było tu jakoś zimno... Niby te wszystkie czary, zabezpieczenia i systemy zapewniały wszystko do życia, jednak chłopak zapragnął otulić się jakimś ciepłym kocykiem. Był boso w białej podkoszulce i spodenkach. Bunkier znajdował się po części pod ziemią czemu można było zawdzięczać ten chłód. Gdyby nie musiał nie opuszczałby przytulnego kątka w swoim pokoju. Bystre błękitne oczy penetrujące pomieszczenie dostrzegły coś przypadkiem przy nóżce stołu i tam się zatrzymały. Odepchnął się lekko i niewiele myśląc schylił się po kawałek plastiku. Podniósł dowód z czarno-białym zdjęciem Nadii Davo przyglądając się mu uważnie. Każdy na zdjęciu wygląda zazwyczaj jak pasztet. On na przykład wyszedł jak dziecięcy pedofil... Dziewczyna zaś no... Nie wyglądała, aż tak źle. Nie mógł też jednakowoż powiedzieć, że to zdjęcie roku. Musi zwrócić dowód właścicielce. Pewnie zgubiła go przekopując torbę, albo trzymała w kieszeni, albo jeszcze coś innego. Kobiety. Wiecznie czegoś zapomną, coś zgubią, a przez ich zmienne humorki i nieodgadnione myśli o szybkości pocisku, serce może stanąć. Chociaż nie miał co narzekać. Nadia była dobrą współlokatorką i często zastanawiał się jak ona wytrzymuje w tym domu wariatów. Jedno spojrzenie na dane: narodowość, datę urodzenia. Zamarł. Chwila... Który dzisiaj? Kalendarz wisiał zaraz przy drzwiach. Bywały chwile że zapominało się jaki dzień i miesiąc. Jest bardzo czasowym człowiekiem. Cholera jasna! Nie odda jej tego dowodu. Nie dziś. No może ewentualnie jutro. Nie wiele myśląc poszedł do Jo. Otworzył drzwi nawet nie pukając i wsadził łeb przez szczelinę. Dziewczyna siedząc do niego tyłem w za dużym T-shircie i spodenkach, aktualnie robiła porządki w szafie. Bliźniak trochę się zdziwił, w końcu była już ciemna noc. Kto normalny grubo po 22 składa szmaty? Jedna z par brudnych skarpetek trafiła na jego twarz.
- Fuj! - skrzywił się i odrzucił je z obrzydzeniem. - Uważaj gdzie rzucasz! - syknął.
Położyła się na podłodze by móc na niego spojrzeć i uśmiechnęła się złośliwie.
- Nie martw się nie mam tak śmierdzących gir jak ty.
Travis przewrócił oczami. 
- Podrzucę ci kiedyś swoje, może szybciej uśniesz. - rzucił równie złośliwie. - Chodź. Kod czerwony! 
Zmarszczyła brwi otwierając usta, ale nim zdążyła zapytać o co mu dokładnie chodziło, ten już zniknął na korytarzu. Blondynie naprawdę nie chciało się za nim latać, jednak nigdy nie widziała go tak... podekscytowanego? Nie wiedziała jak to nazwać... Tak jakby wizja najbliższej przyszłości sprawiała mu niemalże radość. Przeturlała się na brzuch i na kolanach dotarła do drzwi. Dostrzegła tylko jak Tav znika w pokoju starszego brata. Zaciekawiona czemu wznieca takie zamieszanie wstała z klęczek i poszła w jego ślady. Gdy tylko weszła do skromnego pokoju, dębowe drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem nim zdążyła spostrzec. Ash pół leżał rozwalony na łóżku, z laptopem tuż obok i dużymi słuchawkami sony na uszach. W dresach i jak zwykle miał w zwyczaju bez koszulki, nie wyglądał na zainteresowanego ich obecnością. Jedynie na nich spojrzał, i machnął dłonią jakby odganiał irytujące muchy - "Idźcie sobie w cholerę.". Bliźnięta spojrzały na siebie porozumiewawczo. Jedno trzasnęło mu przed nosem laptopa, a drugie ściągnęło słuchawki.
- Ej! - warknął niezadowolony.
Odłożyli sprzęt daleko na biurko. Travis położył sobie palec na ustach.
- Ciiichooo. Sprawa jest.
Ash obdarzył ich poirytowanym spojrzeniem i poprawił się na posłaniu, zakładając ręce na piersi.
- Oby to było ważne, bo zatłukę was oboje.
Szczyle jak to nazywał ich starszy, dosiedli się. Widać było , że Jo sama nie wie o co dokładnie chodzi. Siwowłosy nie lubił mówić niczego kilkanaście razy. Słów używał oszczędnie z rozwagą, nawet jeśli często musiał mówić aż za dużo. Czarnowłosy wiedział, że z byle pierdołą raczej się tu nie wybrał.
- Nadia ma jutro urodziny. Przydałoby się coś dla niej zorganizować, no wiecie... pierwsze urodziny w ekipie, to że my swoich nie obchodzimy hucznie, to moglibyśmy chociaż coś dla niej przygotować.
Jo klasnęła w dłonie. Uwielbiała organizować takie rzeczy. Z resztą Travis również. Ash przegryzł wargę, usiadł bardziej poprawnie, zainteresowany tematem. Trochę późno się o tym dowiedzieli, jutro by się już rano coś przydało...
- Dobra. - powiedział zdeterminowany. - Musimy to zrobić tak by się nie zorientowała. Sami nie damy rady. Ekipa to przecież nie tylko nasza trójka. Ściągnę Augusta i Remiela. Wezwę również Balthazara. Nie jest w ekipie, ale powinien tu być. Będziemy zachowywać się naturalnie. Gdy jedno jest z Nadią, drugie pracuje. Pomyślcie jakie prezenty możemy kupić.
Skinęli głowami. Travis cieszył się że obojętny na życie Ash, przynajmniej teraz wykazał się inwencją twórczą.
- Dobra. Jutro musimy się nieźle uwinąć. O świcie u Jo, omówimy wszystko. - Kolejne przytaknięcie. - A teraz wynocha mi z pokoju, zanim was stąd wykopię!
Wręcz wypadli na korytarz, zaczepiając się o siebie nawzajem.
- Co za brutal. - fuknęła dziewczyna, przytrzymując się ściany.
Rozeszli się do pokojów, a w ich głowach rodziły się pomysły na jutrzejszy dzień. Największą rozkminę mieli nad prezentami.
~~~~~~~~~~~~
Poranne spotkanie przebiegło sprawnie i pomyślnie. Burza mózgów przyniosła efekty. Każdy znał swoje zadanie. Zachowywali się tak jakby nic nigdy nie miało miejsca. Zwykły, nudny dzień. Nadia weszła do pomieszczenia zastając ten sam widok po prawie zawsze rano. Chyba przyzwyczaiła się do późnych godzin snu i jeszcze wcześniejszych pobudek. Dla łowcy to był już dawno wymuszony nawyk. Ash siedząc z kubkiem kawy czarnej niczym jego własna dusza, przyglądał się jej z pod przymkniętych powiek błyszczącymi oczami. Wyglądała na jakąś taką... albo była zmęczona albo smutną z szopą jeszcze nie uczesanych włosów. Czyżby urodziny nie kojarzyły jej się z niczym miłym? - przeszło mu przez myśl. Może w miarę da się ją rozweselić... W końcu nie jest takim ponurakiem. Kojarzyła mu się wręcz z szaloną, wesołą sikorką. Dlaczego? Nie miał pojęcia.
- Miałem cie dziś pomęczyć, ale Tav się uczepił, że masz za mało rzeczy i trzeba cię zaopatrzyć. Nie będę się z tym kłócił. - wzruszył ramionami dość obojętny i wrócił do czytania gazety.
W tym czasie kilka pokoi dalej... w ogóle na drugim końcu bunkra dwa anioły i dwóch łowców już się uwijało się z tym co trzeba. Damphir miał dołączyć później. Już był w drodze do bunkra, a jego podróż miał zająć mu dobre kilka godzin, jak nie pół dnia. Zaraz jasnowłosy z zaplecza, wyskoczy na scenę, gdzie zajmie się dziewczyną, a jego miejsce zajmie Ash. Tak też było.
Ostrzeżona Nadia zdążyła się przebrać i własnie kończyła liche śniadanie.
- Zbieramy się. - powiedział młodszy brat gdy wkroczył wręcz tanecznym krokiem do jadalni.
- Jeszcze tylko pójdę do łazienki. - powiedziała wstając.
- Będę czekał w aucie. - oznajmił z uśmiechem.
Posmarował sobie kromkę tostowego chleba dżemem. Uwielbiał tosty. Ciekawe czy gdyby ścięła te włosy to miała by afro... - pomyślał biorąc kolejne kęsy. Był ubrany w ciemną koszulę rozpiętą pod szyją i czarne spodnie. Rękawy były podtoczone do łokci, a na głowie spoczywały przeciwsłoneczne okulary. Uśmiech upewniał że ma bardzo dobry humor. Miał nadzieję że tym dobrym humorem zarazi również Nadię. Będzie takim małym akumulatorkiem. Wymienił kilka słów z kawoszem, nim zjadł kanapkę. Wziął jeszcze jedną pustą kromeczkę i poszedł do garażu. Dziś pojadą na przejażdżkę jego czerwonym lamborghini. Kochał to auto, ale było wysoce nieużyteczne dla łowcy. Jednak te było po tuningu i miało swoje oryginalne parametry. Bo po o mu auto, którym nie wyjedzie z garażu? W końcu bunkier był w lasie, a do niego prowadziła leśna wysypana żwirem droga. tak więc powstał nieco wyższy niż jego opatentowana wersja. Bardziej przemyślany, wedle gustu właściciela. Huracan, którego pieszczotliwie nazywał Huraganem był nowy i zadbany jeszcze bardziej niż ashowy ogier. Używany niezwykle rzadko, gdy była ku temu okazja. Tak jak dziś. Mustang sobie stał, a piękna maszyna mogła w końcu zaszaleć. Travis uwielbiał jej wygodę, ale i szybkość oraz płynność z jaką się nią jechało. Gdy Nadia zeszła do podziemnego parkingu powitał ją siedząc już za kierownicą z kromką w ustach
- Tu jestem!- powiedział przytłumionym głosem, machając do niej.
Wysiadł i otworzył jej drzwi do góry z drugiej strony.
- Zapraszam madmłazel.
Delikatnie je zamknął jakby nie chciał uszkodzić i przejeżdżając bokem przez maskę, znalazł się z powrotem po stronie kierowcy. Już dojadł tosta i zatopił się w miękkim siedzeniu. Złapał kierownicę i przekręcił klucz w stacyjce. Rozległ się pomruk silnika.
- Słyszysz ten dźwięk? - zapytał z uśmiechem. - To dźwięk zwycięstwa i wolności.
Nadia zapięła pasy.
- Jeśli potrzebujesz zostać z nim jeszcze sam na sam to daj znać. - zapytała z rozbawieniem.
Zaśmiał się szybko ruszając. Nasunął okulary przeciwsłoneczne na nos i pognali gładko w stronę miasta. Jechał szybko. Ponad sto na godzinę, robiąc drifty na każdym ostrym zakręcie. Droga była długa. Komu by się chciało ślamazarzyć? Wyprzedzał każdy samochód jaki tylko się natknął.
Pojechali do centrum handlowego. Zwinnie zaparkował przed ogromnym budynkiem.
- Skąd ten zakupowy pomysł? - zapytała nagle.
Spojrzał na nią znad czarnych szkieł. Zniewalający uśmiech nie schodził mu z twarzy. To był ten rodzaj uśmiechu za który większość kobiet dała by się pokroić.
- Bo mam dobry humor i czas. - posłał jej perskie oko.
Wysiadł i ściągnął okulary patrząc na ulicę.
Kolejne dobre kilka godzin wybierali ciuchy. Chodzili ogromnymi korytarzami, mijając błyszczące szyldy. Miało jakieś trzy pietra w górę. Duużo chodzenia i wewnętrzna radość, że schody są ruchome. Zaczęli zakupowy szał. Doradzali sobie nawzajem, przebierali i oceniali swój wygląd niczym w Top model. Pozowali i oceniali w skali od "kartofla do zakebistej laski/ciacha". Oboje mieli niezły ubaw. Travis komentował dzisiejszą modę. Widząc nie tak stare odcinki programu stwierdził, że zaczyna wątpić w ludzkość. Nie wyobraża sobie chodzić w foliowych spodniach, albo widzieć jak kobiety nakładają sukienkę na sweter i to ma być piękne. Sądził że już dawno co wszyscy styliści potracili głowy. Później zaczął jej śpiewać piosenkę Jimmy'ego James'a - Fashionista.
- Fashionista, how do you look? Fashionista, how do you look? Sean John, Calvin Klein. Donna Karan's fashion line. Valentino, YSL. Ferragamo and Chanel. - pośpiewał, robiąc różne gesty w jej takt i idąc w stronę następnego sklepu.
Nagle się zatrzymał dostrzegając coś ciekawego.
- Patrz tam! - powiedział entuzjastycznie i pokazał palcem. - Widzisz to? Idziemy kupić ci sukienkę.
Już ja tam ciągnął. Nadia chciała się odezwać, ale jej nie pozwolił.
-  Nic nie mów. Wiem, że jestem gorszy niż baba, dlatego Ash nie chodzi ze mną na zakupy.
Słaby protest został stłumiony, a oni wylądowali w sklepie. Jakże by można było mu odmówić? W ekspresowym tempie znalazła się przy nich ekspedientka. Jasnowłosy od razu podjął z nią rozmowę.
- Coś ładnego, dla tej ładnej pani.
Pokazał w stronę dziewczyny. Kobieta klasnęła w dłonie i odparła, że na pewno coś dla niej mają. Tav usiadł na kanapie, a ekspedientka przyniosła pięć sukien. Dwie od razu zostały odrzucone. Jedna po nałożeniu, trzecia była ładna, ale do namysłu i została ostatnia. I właśnie ta najbardziej podobała się kupującym. Dobrali do niej jeszcze buty.
- Vy vyglyadite krasivo! - powiedział niemal wygwizdując. - Bierzemy ją.
Podszedł do lady, a gdy rzuciła kwotę, każdy mężczyzna prędzej by zemdlał, niżeli zapłacił. A ten bez mruknięcia wyciągnął złota kartę kredytową. Odwrócił się w stronę Nadii, która już chowała się za czerwoną kurtyna.
- Ne odevaysya! - powiedział do niej, a po chwili palna się w czoło. - Nie przebieraj się, znaczy. Proszę! - złożył ręce jak do modlitwy i oczy szczeniaczka. - Umolyayu (Błagam).
Patrzyła na niego przez chwilę zakryta do połowy zasłoną. Zielone oczy starły się z błękitem morza. Nadia przewróciła oczami, ale gdy się zgodziła ucieszył się się jak dziecko, robiąc gest ręką, uśmiechnęła się.
- Yeah!
Schował portfel, zabrał wszystkie torby od Nadii. Wyszli ze sklepu, chłopak usiadł na ławeczce, stawiając torby.
- Tobie też nogi w tyłek włażą? - zapytał, nachylając się by przepakować ubrania.
 W końcu nie miał tylnych siedzeń by wrzucić zakupy.
- Trochę. - przyznała.
Sprawnie posortował ubrania, aby z sześciu toreb i reklamówek zrobiło się dwie. Później oznajmił, że idzie do łazienki i zaraz wróci. Prawda była jednak trochę inna. Tak naprawdę poszedł do jubilerskiego. Chciał kupić jej jakiś prezent. zapolował na piękny naszyjnik który zmieniał kolor w odbici światła. Raz był jasno szary, raz niebieski, raz fioletowy, a raz zielony, w zależności jak na niego spojrzeć. Był piękny. Do tego dokupił złotą bransoletkę. Schował pudełka do kieszeni spodni. Wyciągnął telefon i napisał do Asha.
" Wszystko gotowe?"
Na odpowiedź czekał jakieś 20 sekund.
" Tak, stary. Wszyscy już są. Jo już też na wylocie."
" Przygotujcie się. Wracamy."
Wrócił do dziewczyny, przyglądając się jej.
- Możemy jechać. - powiedział z łagodnym uśmiechem. - Naprawdę ładnie wyglądasz w tej sukience.
_______________________________________________________________________________

CDN.