sobota, 29 lipca 2017

Urywek z takiej jednej...

Kulę się na łóżku. Po moich policzkach spływają słone łzy. Kolejna ostra kłótnia z matką. Tym razem naprawdę przesądziła. Znosiłam to, że nie potrafi przyznać się do błędów jakie popełnia. Okey, ale jak mogła mnie uderzyć? Spoliczkować? Za co?  Ojciec odszedł, jednak to nie moja wina. Zastanawiałam się czy czasem mnie nie nienawidzi, bo jestem do niego tak bardzo podobna. Obarcza winą, która nie leży po stronie żadnej z nas. Nie można tak się zachowywać i traktować własnej córki w ten sposób. Wiem, nie jestem idealna. Mogłabym być lepsza... Nie chcę taka być. Jestem sobą. Dlaczego mam się zmieniać dla kogoś?
Łóżko skrzypi, gdy się z niego podnoszę i podchodzę do okna. Wczoraj nad miastem przeszła burza, nadal były widoczne lekkie pozostałości po niej. Połamane gałęzie drzew, potargane liście i ziemia ubita kroplami deszczu. Lubię obserwować jak pioruny przebijają się przez niemal czarne chmury i uderzają za daleko bym mogła dokładnie się przyjrzeć ich zniszczeniom. Najlepsze w tym było świeże, rześkie powietrze, które mnie uspokaja i dodaje siły na kolejny dzień. Kładę rękę płasko na szybie. Przestałam płakać. W odbiciu widzę lekkie zaczerwienienie w miejscu gdzie dosięgła mnie ręka Reachiel. Wypuszczam głośno powietrze. Rozlega się pełne obaw "puk, puk, puk". Wiem kto stoi za drzwiami. Odwracam na chwilę głowę w tamtą stronę. Nie otwiera, czeka na pozwolenie. Nie doczeka się. Mój pokój był nieduży. W ciepłych kolorach z ciemnymi mahoniowymi meblami. Na biurku stał bukiet fioletowego i białego bzu. Ten piękny zapach będzie przypominał mi o tym miejscu. Zaciskami zęby i mocuje się przez chwilę z zamkiem okna. Udaje mi się je odblokować. Otwieram je na oścież i odchylam się przez nie. Do ziemi miałam nie wiele, bo pod moim oknem była pobudowana piwniczka i mogłam bezpiecznie zejść po jej dachu. Przekładam nogi przez parapet i zeskakuję na śliski dach, a po chwili zjechałam na trawę.  Poprawiam szarą bluzę i ruszam w stronę lasu, nie oglądając się więcej za siebie.
- Lorraine! Zaczekaj!
Nie czekam. Przestałam się łudzić. Zaczynam biec w stronę dróżki, między drzewami. Liście i patyki hałasują pod nogami. Po stu sześćdziesięciu metrach wypadłam na chodnik. Wbijam ręce w kieszenie i idę szybkim krokiem uspokajając oddech. Patrząc na nogi odzienie w jeansy i czarne adidasy o białej podeszwie, zamiast na to co się dzieje przede mną, wpadał na kogoś z impetem. Niemal upadam do tyłu, ale ów przechodzień mnie łapie.
- Em... Przepraszam.- mówię z wahaniem i odsuwam się o kilka kroków.
Czarnowłosy uśmiecha się. Jest wyższy ode mnie o głowę, a przecież nie byłam bardzo niska. Miałam metr siedemdziesiąt. Dobrze zbudowany, jakby chodził przez jakiś czas na siłownie. Ciemno brązowe oczy przyglądały mi się z zaciekawieniem.
- Nie ma sprawy. - Ma ładny głos... Oh, co ty bredzisz Nightshade? Pojęcia nie mam. - Za to, że tak na mnie bezczelnie wpadłaś, to dasz się gdzieś wyciągnąć? Albo chociaż z wdzięczności, że cię złapałem.
Unoszę brew. Nikt jeszcze nie próbował mnie nigdzie zaprosić. Byłam co najmniej zaskoczona, ale nie chciałam tego pokazać.
- A gdzie?
Pytam. Nie codziennie chłopak swoją drogą całkiem całkiem w promieniach słońca, proponuje ci gdzieś wyskoczyć. Musiał zapracować sobie na zaufanie. Ciekawe czy mu się to uda.
- Hm... Do kina. A tak w ogóle - wskazał na siebie - Eric.
Uśmiechnęłam się.
- Jestem niepełnoletnia. - zrobiłam ten sam gest - Lorriane.
Wzruszył ramionami. Najwidoczniej nie był to dla niego duży problem.
- Kupię ci bilet. Odpowiada ci jutro wieczorem?
Udałam, że się zastanawiam. To nie był zły pomysł. Dlaczego nie? Może się trochę oderwę od szarej rzeczywistości.
- No dobrze. Zgadzam się.
Odwzajemnia uśmiech, pokazując białe zęby.
- To super. Przyjadę do ciebie o osiemnastej.
- Nie wiesz gdzie mieszkam. - zauważam.
Jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył.
- Skoro... wyskoczyłaś z lasu... zgaduję, że... mieszkasz za nim.
Parsknęłam.
- Cóż za spostrzegawczość.
Nie patrzył na mnie, a w stronę z której przybyłam.
- Jeśli patrząc na tą leśną ścieżkę... zgadując, że szłaś prosto po niej i na prosto jest twój dom, to mieszkasz na St. Avery. W numerze 23 lub 24. Mam rację?
Gestykulował wskazując dłonią z wyprostowanymi palcami w stronę drzew. Spojrzał na mnie wyczekująco. Kącik ust uniósł się ku górze.
- Racja. Masz mnie.
- Odprowadzić cię?
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie mogę wrócić do domu. - odparłam ponuro.
- Dlaczego? - zapytał marszcząc brwi.
Bo nie chcę znowu wysłuchiwać narzekań na moją osobę? Bo mam dosyć udawania marnotrawnej córki? Nie chcę czuć się gorsza. Koniec z tym.
- Nie potrafię się dogadać z matką. Uciekłam.
Zdałam sobie sprawę, że to faktycznie prawda. Nie zamierzałam wracać tym razem. Mogę spać, byle gdzie, ale z własnej woli nie stanę przed drzwiami. Mieszkałam tu trzy tygodnie i nie miałam przyjaciół, więc nici z wybraniem się do kogoś.
- Ach, tak... - wydawało się, że mnie rozumie - Masz jakąś bazę?
Pokręciłam głową.
- Znajdę coś.
Zastanowił się przez chwilę i nagle się ożywił.
- Nad strumykiem jest chatka. Kiedyś bawiłem się tam z bratem.  Dam ci kilka koców i dzisiejszą noc prześpisz tam. Tylko tyle mogę ci teraz zaproponować. Jutro coś wymyślimy. Obiecuje.